czwartek, 16 marca 2017

nowa stylistyka GW na przykładzie Lord of Change

Cześć

Dzisiaj chcę poruszyć pewien temat który nie wiem czy jest wam znany, chociaż może tak, znany jest na pewno ale nie wiem czy jest zauważony ;)
Mianowicie kierunek w którym zauważalnie poszła stylistyka GW.
Nie będe mówił tutaj o tzw. odlhammerach (realm of chaos, rogue trader, slaves to darkness) bo to nie moje klimaty i uważam,
że te modele są jak King Diamond, albo się je kocha albo nienawidzi. 
Wiem natomiast że mają swoich zwolenników, chociaż zaczniemy od czasów bardziej współczesnych. 

posłużę się cytatem z forum:

JA: zarazem taki komiksowy a jednak realistyczny, ma najfajniejsze cechy z obu światów.. jak .. dobry shemale ;)

Mejdej: Dokładnie taka jest moja opinia na temat mojego ulubionego okresu stylistyki GW (czyli mniej więcej przed wprowadzeniem plastikowych horrorów)


Czyli właśnie! 

Istnieje coś takiego, jak okresy stylistyki GW i jej kierunek rozwoju. 
Też uważam że wcześniejsze modele (właśnie z okolic roku 2010-2011 czyli końcówka/środek Ved i 8edycja WFB - pomijając nowych necronów, jakoś się rozminęliśmy w koncepcie armii, od tego momentu zaczęło trochę siadać jeśli chodzi o stylówę, ale to może tylko moje odczucia)
Ved. co mamy ?
kapitalne metalowe modele marines
sternguardzi i vanguardzi - ponadczasowi dla mnie
świetne thunderfire cannon. 
przyzwoitych bohaterów. 
gwardia, - super pojazdy - walkiria jednym z najładniejszych samolotów ever ! (chyba tylko aquila lander w którym się kocha jest ładniejszy)
wilki - pomijam
tyrki - kapitalne! mawloc i ten drugi, to chyba najładniejsze xeno stwory !
aniołki niewiele dostały, a nie plastikową DC, super zestaw, złoci chłopcy mniej, ale są w porządku, no i stormraven, mi się podoba akurat.
dark eldars -  totalny reboot stylu który trafił w dziesiątkę! modele są przepiękne, wszystkie! zarazem plastiki jak i metale. Udało im się.
Necroni - no tu już trochę mniej się udało.

U WFB podobnie, tak naprawdę wszystkie releasy do 8ed były fenomenalne! Orkowie ? Arachnorok jest prześliczny i ciekawy! Tomb Kings ? necrosfinks, ushabti i piaskowi surferzy! kapał z nich klimat, mieli interesujacy i przemyślany koncept. Wampiry ? Nie było słabego modelu (po tym releasie zacząłem ich zbierać) Ogry ? Fenomentalne, cały klimat, dbałość o detal w odniesieniu do settingu, ciekawe i oryginalne rzeźby. Krasnoludy tez zamiotły, nareszcie wyglądali jak górscy starożytni wojownicy a nie jak krasnale ogrodowe. 


Świetnie widać to na przykładzie LORD OF CHANGE. pamiętacie ?

pierwszy z nich:

nie wiem kiedy wyszedł, ale jakieś miliony lat temu:
widać toporną i siermiężną stylistykę, karykaturalny i kreskówkowy ale.. takie czasy, okej muf along


Metalowy Lord of Change, do niedawna jedyny legitny model. Jeszcze gdzieś tam ta toporność pozostała, ale zarazem widać już pomyślunek nad formą, ciekawsze poza, rzeźba, dbałość o przemyślane detale. jest lepiej. Jasne, odstaje od dzisiejszych standardów, ale sam koncept bardzo fajny. Dalej dość kreskówkowy ale już jakieś proporcję zachowane (nawet w koncepcji Demonicznego Generała Boga Zmian i Wypaczeń :P )
potem (chyba podczas premiery dexu demonów w 4ed. ) pojawił się Karios Oracle of Tzeentch. czyli special jeśli chodzi o wielkie ptaki :P
Model kapitalny!. Oddaje jego klimat i charakter (widać że jest zniedołężniały i stary po tym jak wpadł do studni wieczności) świetny detal !(ta ryba na książce!) trochę szatki klocowate, ale to dalej wina technologii (metal) za to sam model strasznie mi się podoba. znowu poprawa w realizmie. jest właśnie w pół drogi między bajkowością a realizmem. Co też widać na malowaniu, mocne i żywe kolory ale zarazem światłocień i płynne przejścia i laserunek.

w międzyczasie

Forge World poszedł jeszcze dalej jeśli chodzi o realizm, to już podchodzi pod amerykański hiperrealizm bądź flamandzkich mistrzów XVII wieku. 
model ma zachowane wszelkie proporcje, bardzo ciekawa pozę, naturalne i "brudne" malowanie a mimo to zachowanie żywych barw (które tak charakteryzują jego patrona Tzeentcha ) 

I teraz GW znowu zawróciło


wydając model znów bajkowy i kreskówkowy w pstrokatym i troszkę naiwnym malowaniu. 
Gdzie widać postęp technologiczny przy wykonaniu detali, ale nie widać go przy pomyślunku w ich projektowaniu.
https://www.games-workshop.com/en-US/lord-of-change-2016
przyjrzyjcie mu się. 
Z jednej strony faktycznie baaardzo fajnie wyrzeźbione ciało, świetna paszcza ( od razu widać że jest bardziej demoniczna) widać że ktoś umie posługiwać się dłutem i masą modelarską z brushem i 3DMaxem. A z drugiej sam model jak wspomniałem jest dość infantyliny i przechodzi flanderyzację niczym kosmiczne wilki których ta droga doprowadziła do zatracenia (fabularnego - fenris pagib)
  flanderyzacja --> http://tvtropes.org/pmwiki/pmwiki.php/Main/Flanderization
polecam się zapoznać.

znowu posłużę się cytatem mejdeja:

Ha, trudno to jednoznacznie wypunktować.

Jeśli chodzi o styl rzeźbiarski GW to takie przerysowane proporcje, ale jednocześnie NIE komiksowo wygładzone/wyrównane. Dziwacznie i pstrokato, ale nie bajkowo (jak nowe horrory w porównaniu ze starymi). Większy nacisk na charakter niż na estetyczny całokształt projektu (nie mówię, że ignorowali to drugie, teraz zresztą też trafiają się modele dziwnie nieproporcjonalne).
Np. nowy DP ma proporcje bardzo harmonijne - duża klatka piersiowa, cienkie nogi - czyli klasyczny komiksowy trójkątny mięśniak. Stary był bardziej realistyczny pod tym względem, ale jednocześnie nie było w nim takiego przerostu realizmu nad bajkowością, jaki widzimy np. w DP Khorne'a od FW.

no bo czy nie przyznacie że https://www.games-workshop.com/resources/catalog/product/600x620/99800101037_RunePriestNEW01.jpg  a po sflanderyzowaniu https://www.games-workshop.com/resources/catalog/product/600x620/99810101019_CanisWolfbornNEW01.jpg

To samo dzieje się z kosmicznymi aniołami, jakby pomysłu nie mieli, wszystko jest blood...  ale to temat na inną dyskusję.
 

Wspomniany model wzbudza u mnie bardzo mieszane uczucia, jest na pewno majestatyczny, ma fajnie zrobione nieludzkie mięśnie i fajną głowę, na pewno da się go ładniej i realistyczniej pomalować. Ale z drugiej strony kuleczki na czubkach skrzydeł i złote ozdoby są jakieś takie ..sigmarsko power rangersowe. 


Też uważacie że GW flanderyzuje setting, powiększając skalę i power rangersując modele ? z ciekawych i ponadczasowych rzeźb (sierżant metalowych kasrkinów #icame) do dość klocowatych kulfonków bez większego pomysłu ? 
Nie twierdzę że wszystkie są do dupy, beznadziejne i fatalne. (np. adeptus mechanicus i genokult są świetne, w sumie najty też mają kapitalne modele)

dobrym przykładem flanderyzacji są tutaj też krasnoludy do WFB



paskudne krasnale ogrodowe, kreskówkowe do bólu, wyglądają jakby się urwały ze smurfów

ironbreakers, może nie najtrafniejsze ujęcie ale czujecie różnicę, to już są prawdziwe krasnoludy, ciężko opancerzone, bez fikuśnych czapeczek tylko w hełmach. Groźni i nieustępliwi. 
Zwróćcie uwagę na ciężkie zbroję i "runiczne" zdobienia





A tutaj totalnie sflanderyzowany .. sam nie wiem co. krasnolud ? gdzie pancerz z pełnej zbroi płytowej nagle okrywa go od stóp do głów ? bez nawet osłonięcia czegokolwiek, jak zgina kolana ? (o ile je ma) jak rusza rekami jak wszędzie jest metal. Oczywiście ukradziony kosmicznym marines piłomiecz, stalowy cylinder, drobne i proste krasnoludzkie runiczne zdobienia, niby to celtyckie niby nordyckie teraz zamieniły się w kosmiczne.. no krasnoludzkie układy scalone a na dodatek w zasadzie przede wszystkim unosi się na stalowym balonie. 
srsl ? 

ale o tych modelach powiem w kolejnym wpisie

Więc jeszcze raz.
Czy macie podobne odczucia ?
Też uważacie że obecna stylistyka GW uległa dużej zmianie w stosunku do tego co było nie gdzieś tam hen hen dawno tylko jak mi się wydaje całkiem nie danwo temu (2011 - no nawet 2012) że postawili na przerost formy nad treścią ? że przeginają i kierują swoje modele jakby do .. hmmm .. młodszego/mniej wyszukanego odbiorcy ? 
Powiedzcie czy mi się zdaję czy coś w tym jest ?     

niedziela, 12 marca 2017

przepis na krasnoludzkiego wojownika ala grobo (TT)

Cześć

W kuchni może nie poruszam się zbyt pewnie (chociaż wczoraj udało mi się posiekać cebulę (fuj) i pietruszkę (jeszcze większe fuj) na placki z cukinii (które o dziwo nie były fuj).
Bo właśnie za sterami biureczka modelarskiego radzę sobie dużo lepiej. Ale mimo to dzisiaj chciałbym podzielić się z wami pewnym przepisem (używając kuchennej nomenklatury) będzie to danie proste acz pożywne i szybko można nim nakarmić dużą ilość wojów..ee..znaczy gości.

Pyszny Krasnoludzki wojownik w 11 krokach. (chociaż usilnie usiłowałem skrócić to do 10 to jakoś nie umiem :/)

Co będzie potrzebne ?



1 x Krasnoludzki wojownik (najlepiej z BfSP ale może być multipart)
 1 x abbadon black
       ceramite white
       mechanicus standard grey
       leadblecher
       altdorf guard blue
       bugman glow
       cadian flesh tone
       runelord brass
       mournfang brown
       dryad bark
       baneblade brown
       nuln oil
       seraphim sepia
10g trawki elektrostatycznej (zielonej)
15g wikolu
10g drobnego piaseczku

może się też przydać czarny spray i dodatkowe pieniądze (pieniądze się zawsze przydają:P)

krok przygotowania.
rozgrzać patelnie i posiekać drobno cebulę.
model krasnoluda należy oskrobać, wyfiletować i usunąć nadlewki i chrząstki i przykleić do podstawki.
Teraz możemy dokleić piasek na podstawkę smarując ją wikolem ( ja używam wąskiego kawałka kartonika do smarowania podstawki) na to posypać piasek. Jak piasek wyschnie wyłączamy patelnie bo nam się spali:P
Teraz krasnoluda możemy spodkładować, polecam spray żeby zrobić to równo i cienką warstwa ale spokojnie możemy to zrobić pędzlem. Tylko pamiętajcie dwie najważniejsze rzeczy przy malowaniu pędzlem :

1. ROZWADNIAJCIE FARBĘ !
2 Pędzel trzymajcie włosiem od siebie



Kiedy już mamy takiego ludziaka zabieramy się za właściwe malowanie.

malujemy kolczugę, hełm i topór kolorem leadbelcher

malujemy tarczę i krawędzie wdzianka kolorem altdorf guard blue,
krok dodatkowy, możemy rozjaśnić lekko górę tarczy i samiuśkie krawędzie wdzianka (narożniki) wymieszanym 50/50 niebieskim (altdorf guard blue) i białym (cermite white) dla lepszego efektu:)

skórę pokrywamy kolorem bugmans glow
rozjaśniamy ją warstwą cadian flesh tone, jednak pamiętajmy żeby tak skrupulatnie nie pokrywać całości, niech tam gdzieś w zagłębieniach zostanie bugmans glow
sakiewkę i pasek malujemy na brązowo (na taki sam kolor możemy też pomalować butki jak chcemy) mournfang brown

Teraz bardzo ważna rzecz dla każdego Kazada czyli broda! poprawiamy ją czarnym (abaddon black) lekko zmieszanym z szarym (mechanicum standard grey) Gw jeszcze nie zrobiło takiego koloru który by mi odpowiadał i był w połowie drogi między tymi dwoma więc mieszam :)
potem można się pokusić o zrobienie mu lekkiej siwizny samą szarością (MSGrey) ale ostrożnie, najlepiej tylko przy skórze.
krawędź tarczy i znak malujemy moim ulubionym kolorem czyli runelord brass (nazwa też krasnoludzka) jak ma jakieś bransolety i ozdoby tez można pojechać tym kolorem.

czas płukanek !
zalewamy wszystkie metalowe elementy nuln oil (ostrożnie na tarczy! nie chcemy przecież zalać niebieskiego)

skórę i brązowe (w tym te pomalowane runelord brass) elementy zalewamy seraphim sepia

czas na podstawkę! ją malujemy kolorem dryad bark (bardzo fajny, ciemny i naturalnie brązowy kolor na podstawki, POLETZAM :D )

drybrushujemy..znaczy suchopędzlujemy kolorem baneblade brown, żeby nie było tak płasko - podkreślamy strukturę ziemi

teraz trawa, gdzieniegdzie dajemy placuszki wikolu i szybko maczamy krasnala w trawie ale lepszym sposobem jest wzięcie sporej ilości trawy na pęsetę i dociśnięcie jej do klejonego placka. Lepiej, mocniej i bardziej bujnie się przyklei :)
A tak wygląda skończony Krasnoludzki wojownik :)
nie jest to może golden daemon ale w regimencie i na stole prezentuje się lepiej niż przyzwoici!
no i czas! całość zajmuję nam około 11minut i 24 sekund. to naprawdę niedużo.
Przypominam że wzraz ze wzrostem ilości pokurczy malowanych na raz zmniejsza się czas.
Wytrawni kuch...malarze mogą zejść z czasem nawet do 7 minut !

Tutaj zdjęcie w regimencie. Prawda że wesoło razem wyglądają :)




Dajcie znać czy smakował wam mój przepis i czy chcecie więcej ?
Może bardziej wyszukane potrawy ? może konkretne techniki ?
mam jeszcze w zanadrzu porady co zrobić z zepsuta żywnością (plaguebearers:P)
i przyrządzanie junk foodu (bejca:P)








poniedziałek, 6 marca 2017

Rogue Trader RPG - cześnik - historia

Marchisus 
Erzah Vorethon D'Arinvil:

 Ród D'Arinvil sprawuje kontrolę nad kilkoma układami planetarnymi w obrębie Segmentum Ultima. Jest to stosunkowo młody ród - do końca jeszcze nie ma ustabilizowanej pozycji. Liczne zatargi z innymi, pomniejszymi rodami, o wpływy w strefach, którymi nie interesują się "wielcy gracze" spowodowały, ze D'Arinvilowie są w stanie permanentnej wojny. Działania prowadzone sa głównie w strefie gospodarczej, o wpływy na licznych rynkach Imperium, ale od czasu do czasu dochodzi do otwartych konfliktów. Na ogół kończy się to kilkoma statkami w dokach naprawczych i upomnieniem któregoś z większych rodów.


W swoich działaniach D'Arinvilowie nie ograniczają się jedynie do czystych zagrywek. W zasadzie, to nie uważają, by honorowe działanie mogło przynieść jakiekolwiek wymierne korzyści. Ich głównymi narzędziami są łapówki, szantaże, wymuszenia czy nawet morderstwa. I to zarówno w stosunku do konkurencyjnych Rodów, jak i pomiędzy pretendentami do lukratywnych pozycji wewnątrz Rodu. Uriel D'Arinvil został głową Rodu zaraz po tym, jak jego poprzednik zginął na polowaniu, gdy niespodziewanie cała grupa łowców została zaatakowana przez stado razorwingów (które nie występowały w ogóle na tym księżycu).


Seneszal


Erzah urodził się jako nieślubny syn markiza Uriela D'Arinvil i jednej z jego konkubin, Marthy. Jako jeden z licznych bękartów markiza, wychowywał się na dworze wraz z legalnymi potomkami Uriela i pozostałych członków rodziny. Dorastał w atmosferze ciągłych intryg, knucia i szukania "haków" na pozostałych rówieśników. W wieku 13-tu lat spowodował, że jego największy rywal i prześladowca, Aaron, zginął w wypadku ścigacza, na skutek awarii systemu antygrawitacyjnego. Erzah do dziś nosi na szyi fragment stabilizatora antygrawitacyjnego, którego zabrakło w pechowym ścigaczu. Po śmierci Aarona, podporządkowanie pozostałych dzieciaków było jedynie kwestią czasu. Działania te zwróciły uwagę Uriela. W wieku 17-tu lat został uznany jako legalny syn markiza i wysłany do Imperialnych szkół na nauki, na wzór starych rodów szlacheckich.


Na studiach Erzah był w stanie zapoznać się ze sposobami działań innych rodów. Wielu z ich członków stawiało honor i dobre imię nad zdrowy rozsądek i własny interes. Wyznawali jakieś abstrakcyjne wartości, zupełnie oderwani od rzeczywistości i problemów, z jakimi borykają się mniejsze rody lub zwyczajni ludzie. Początkowo wszyscy patrzyli na Erzaha z góry - markiziątko, bękart z rodu, o którym prawie nikt nie słyszał. Wyśmiewany i wytykany palcami. Należało coś z tym zrobić. Obserwacje, pewne działania i doświadczenie wyniesione z domu rodzinnego stosunkowo szybko zmieniły stan rzeczy. Erzah zaczął od tych najgłośniejszych, krzykaczy z innych rodów, co to mieli wszystko od zawsze podane na tacy. W zasadzie wystarczyło kilka złamań, kilka zdjęci i gróźb, by ustawić do pionu tych najważniejszych, rozpieszczonych i miękkich. Reszta podążyła za nimi, jak potulne baranki. Skończyły się śmiechy, wytykanie palcami czy aluzje pod adresem rodziny i pochodzenia. Inni studenci okazywali Erzahowi szacunek podszyty strachem i niepewnością. Nadal, od czasu do czasu, któremuś z nich przydarzał się nieszczególnie miły wypadek.


Wśród innych studentów Erzah dostrzegł Armina Van Der Sara - szlachetkę z upadłego rodu, którego ambicją było odzyskanie statutu i siły jego rodziny. To właśnie on pomógł Erzahowi zapoczątkować ciąg wydarzeń z innymi studentami. Młody D'Arinvil dodatkowo dostrzegł szansę w poprawieniu własnej pozycji w Rodzie przez pomoc Arminowi - przyjaciel z odpowiednim nazwiskiem może w przyszłości otworzyć niejedne drzwi. Tak właśnie rozpoczęła się owocna współpraca obu szlachciców.


Z czasem narodził się też pomysł odzyskania rodzinnego krążownika Van Der Sarów - Polarisa. Obaj zaczęli knuć, jak można do tego doprowadzić. Armin zapewniał niezbędne środki finansowe i otwierał drzwi, Erzah zdobywał odpowiednich ludzi i wyciągał informacje zza drzwi, których otworzyć się nie dało.




W zasadzie tyle, od siebie nic nie dodam bo postać od początku do końca wymyślił gracz. nic nie edytowałem, bo i historia niedługa i krótka, to i co zmieniać nie było:P (mam nadzieję że resztę dopiszemy wspólnie)

W sumie nawet nie pamiętam jakie miała wybrane drzewko po kolei, wiem że jest noble born i ... i tyle.
aha i wiem że inferno pistol jest na tej mechanice OP w chuj. 

Ale to później napiszę o tym, jak zdam wrażenia z sesji, chociaż nie wiem czy jest co opisywać. 

na razie przerwa od RPG i wracamy do ludziaków :D bo trochę się znowu nazbierało.

poniedziałek, 27 lutego 2017

ROGUE TRADER RPG - kolejna postać


"W pogoni za szczęściem"


Czy glina ma prawo do szczęścia? Pełen ideałów trafiłem do sił PDF, jednak po kilku latach znudziło mi się bezczynne czekanie i niemoc. W stopniu porucznika poprosiłem o przeniesienie do sił Arbitrów. Chciałem coś zrobić. Jednak życie w kopcu pokazało mi, że jest to niemożliwe. 

No cóż, życie w kopcu jest ciężkie. Przeludnienie, gangi ,korupcja, zarazy i trzęsienia, oj można wymieniać. To może zmienić człowieka. Prawie dwadzieścia lat w tej robocie nauczyło mnie jednej rzeczy, śmierć przychodzi zbyt łatwo. Zapragnąłem odwrócić mój los stać się kiinnym. Jednak jak to zawsze w takich sytuacjach bywa, najkrótsza droga okazuje się najtrudniejszą. Wzięcie łapówki w kopcu nic nie znaczy , każdy ją bierze. W końcu są to dobrowolne dary obywateli Imperium na rzecz służb urzędników. Tylko skąd miałem wiedzieć, że akurat tym razem kontener jest wypełniony "artefaktami obcych", a cała sprawa jest monitorowana przez agentów Inkwizycji. Chyba w ten dzień sam Imperator nade mną czuwał. Wyszedłem z tego tylko lekko potłuczony. Gorzej jednak poradził sobie mój oddział, nie mówiąc o kontrahentach. Gdy tylko rozbrzmiały słowa "Stać w imieniu In...", mówiący nie dokończył. Strzeliłem. Dla reszty sędziów to był znak, wiedzieli, że albo my albo oni. Automatyczne strzelby charakterystycznie huknęły, w odpowiedzi zaświstały lasery oraz zawarczały boltery. Byliśmy odsłonięci. Rutyna i pycha nas zgubiła. Tego dnia zginąłem ja, czyli sędzia Karl Vossberg.

Teoretycznie, bo praktycznie nadal żyję. Tylko pod innym nazwiskiem. Po jatce upozorowałem własną śmierć. Kilka granatów w mojej zbroi, eksplozja, ucięty palec. 

Z Inkwizycją nie ma żartów. Lepiej zostawić palec niż całego siebie. Trzeba było wiać i to jak najszybciej. Kontakty w półświatku bardzo się przydały. Czasem przymknięcie oka dla jakiegważniaka też. Nie mówiąc o tym, że kilka osób mi cwisiało. Wykorzystując kilka pomocnych dłoni oraz zaskórniaki wylądowałem na statku kosmicznym jakiegoś kupca.

Miała to być miła i spokojna podróż do innego systemu. Jednak ani nie była miła, a tym bardziej spokojna. Gdy tylko wyskoczylmy z immaterium, obskoczyły nas statki korsarzy jakieglokalnego watażki. Były mikroskopijne przy frachtowcu mego gospodarza, jednak było ich wiele , o wiele za dużo. Dokonali abordażu. Szczęściem w nieszczęściu było, że moja kajuta była umiejscowiona niedaleko kapitańskiej. Dzięki tamu mogłem liczyć na szybką pomoc jego ochrony. Wraz z nimi przebiłem się na mostek. Troszkę się zdziwili, że tak dobrze radzę sobie z bronią. W końcu teoretycznie miałem być jakigórnikiem na kontrakcie. Przy sterze zobaczyłem, że obrona przeradza się w jeden wielki burdel. Główny dowódca ochrony nie żył, a jego podkomendni to pierdoły które nie potrafią sami zawiązać butów bez rozkazu. Przejąłem inicjatywę. Kapitan się nie sprzeciwiał. Chyba coś mu świtało, że dzięki mnie może uratować swoje na wpół mechaniczne dupsko.

Szybko zorganizowałem obronę mostka. Przeszliśmy do kontrataku. Nagle się okazało, że ochrona statku całkiem nieźle radzi sobie z bandziorami. Wystarczyło by ktoś,

kto ma w głowie coś więcej zaczął mówić im co i jak i dawać przykład by odeprzeć atak. Poradziliśmy sobie; oczywiście nie bez strat. Chociaż straty były niewielkie, Tylko kilka tysięcy martwych załogantów i trochę podziurawiony statek. Najważniejsze że ładunek był cały. 
Kapitan był przeszczęśliwy. W ramach wdzięczności za me zasługi zaproponował mi pracę. Wolny wakat po poprzednim dowódcy ochrony. Zgodziłem się, w końcu byłem bezrobotny. 
A życie na tej podziurawionej łajbie nie wydawało mi się takie złe. Żołd był w porządku, kantyna obfitowała w wyskokowe trunki, a robota nie za ciężka. Miałem pewną autonomię w swych działaniach i odpowiadałem jedynie przed Kapitanem. Powoli zaczynało mi się podobać. Zaczynałem czuć coś co można było nazwać szczęściem. Jednak w naszych czasach nic nie trwa wiecznie... 

Stało się to na jakiejś uczcie z wyższych sfer. "Szef" był jednym z wielu zaproszonych. Chyba mój organizm cprzeczuwał od samego początku. Tego dnia nic nie mogłem zjeść. Kiszki same się mi skręcały. Imperator chyba znów czuwał nad moim tyłkiem. Zaczęło się od pojedynczych jęków na sali, następnie przerodziły się w przerażające krzyki bólu. Widziałem strach i bezradność w oczach mego dobroczyńcy. Krew wypływała z jego ust. Zginął otruty a ja nie mogłem nic zrobić. 
Co dziwne prócz mnie i trucicieli ktoś jeszcze przeżył. Widać spisek został odkryty. Rozpoczęła się bezpardonowa strzelanina. Obie strony mnie zignorowały. Nie widząc mnie lub nie widząc we mnie zagrożenia. Schowałem się pod stołem. Lepiej przeczekać, zobaczyć kto wyjdzie z tego zwycięsko. Nie należę do osób które lubią ginąć w przegranej sprawie. Po kilku chwilach terkot i eksplozje ucichły. Walka przeniosła się w inne miejsce. Teraz słychać było jedynie jęki rannych i na wpół martwych a do tego jakieś dziwne zawodzenie. Pierwszy raz w życiu nie wiedziałem co zrobić i autentycznie się bałem. 
Na statku zaczęło się dziać coś bardzo dziwnego, jakby sama spacznia nas wessała, ale nie przypominam sobie żebyśmy mieli lecieć w jakiś dalszy kurs. Byłem na obcym okręcie w sali pełnej trupów które nagle zaczęły wstawać, nigdy czegtakiego nie widziałem i mam nadzieję że już nigdy nie zobaczę. Słyszałem tylko o podobnych incydentach od aspiranta z z grupy uderzeniowej, jemu to z kolei opowiadał dziadek stary wojskowy, podobno trzeba było spalić ciała żeby nie wstawały. Wyśmialiśmy go za te wyssane z palca bzdury, teraz wiem że nie żartował, ale tak czy siak nie miałem miotacza ognia. 

Zresztą, nie było czasu na zastanawianie się, wiedziałem że nie dam rady dostać się na statek swego dawnego pracodawcy. Każdy mógł mnie tu zastrzelić. Długo myśleć nad tym nie musiałem, doszedłem do wniosku, że lepiej biec tam gdzie prawie na pewno powinni skierować się inni ocaleni. Czyli na mostek.
Byłem jednym z pierwszych który tam trafił. Na początku mój nowy szef chciał mnie zastrzelić. Jednak udało mi się z nim jakdogadać. W końcu ludzie w najtrudniejszych momentach są skłonni do nietypowych sojuszy. Ten "sojusz" był dla nas dosyć owocny, bo dzięki niemu przeżyliśmy. Obleczeni piętnem otchłani jednak żywi.






mój szybki szkic na interpretacje wyglądu Viriona
 

Wygląd:

Virion Nolaan ( bo takie nowe imię przyjął). Już w dzieciństwie nie należał do pięknych. Rówieśnicy nazywali go "trollem". A opiekunowie z sierocińca ministorium nie zwracali na niego uwagi, co było szczęściem w nieszczęściu, dzięki temu nie zaznał od niech "dodatkowej edukacji". 

W wieku dorosłym również nie przemienił się w pięknego łabędzie. 
Krępy, z postury przypomina bardziej szynkarza, aniżeli groźnego najemnika. Nie za wysoki, z głową łączącą się z tułowiem prawie bez szyi. Z wyraŸźnymi zakolami, lekko siwiejący. 
Z ciągle podkrążonymi małymi, zmęczonymi oczami które widziały wiele. 
Wiecznie nie ogolony, ze śladami ospy na twarzy. Bez serdecznego palca u lewej dłoni. Wygląd jest jednak bardzo mylący. Kiedy ktoś dobrze mu się przyjrzy, zobaczysz w jego sposobie poruszania się charakterystyczny wojskowy chód. 
W oczach ujrzysz przebiegły blask. O dziwo rubaszny styl życia i spory brzuch nie odebrały mu nadzwyczajnej zwinności i celnego oka. Ten niepozorny typ może być groźnym przeciwnikiem lub silnym sojusznikiem, wszystko zależy od punktu widzenia. 





tekst autorstwa bubu, moim zdaniem całkiem spoko wyszło, takie trochę przerysowane i kiczowate klimaty kina cyberpunkowego noir, ale podoba mi się :) 
ciekawe że zażyczył sobie żeby jego postać była brzydka! super pomysł za odwagę i dystans do siebie :)

Co do losowań, 
miejsce urodzenia hive world, wiadomo
dziedzictwo krwi: stubjack (przywykł do przemocy)
lure of the void: Renegade (ustaliłem że wrogiem dla niego jest Inkwizycja a nie arbites bo ze swoimi trzymał dobrze i to wielkie =I= ma do niego pretensję :P 
trials: Calamity, w sumie niech będzie, życie go nie rozpieszczało.
motywacja: fortune (wiadomo hajs motorem sprawczym :D)
kariera: Arch Militant

ciekawe że dostał równocześnie + 5 do fellowship (za bycie z świata kopca ) i minusy (nie pamiętam za co, za bycie renegatem ? 
aha, Calamity zabiera też -1 profit factor drużynie :P
niedługo będą statusem równi jakiemuś miejskiemu gangowi albo związkowi zawodowemu stoczniowców na jakimś zapomnianym przez Imperatora świecie :P
hehehe
podoba mi się w jaką stronę to idzie :)

ps. od marca spróbuję pokombinować z tłem ;)

piątek, 24 lutego 2017

Rogue Trader RPG - opis postaci



Cześć


Udało mi się wreszcie zorganizować ekipę do grania w RPG.

Tak, takie prawdziwe "ołówkiem i papierem" czyli siadamy i bajdurzymy a potem Mistrz Gry mówi "A GÓWNO !!! WŁAŚNIE ŻE NIE !!" i tym razem ten zaszczytny/haniebny tytuł przypadł mi :)

W mistrozwaniu doświadczenie mam średnie, raz w Arkonę to nie pedał jak to się mówi, poza tym to było dawno i nie prawda.

Ale że świat znam na wskroś, mam wydaje mi się fajną i mam nadzieję zgraną ekipę, to nawet jakieś drobne zgrzyty przejdą i przymkną na to oko, albo wspólnymi siłami coś poradzimy.
 

Ekipa na razie czteroosobowa (czyli ja MG i 3 graczy ) zobaczymy jak się rozwinie sytuacja i może dodam czwartego gracza.

W skład tego wchodzi oczywiście:

Rogue Trader (nie mogło być inaczej i nich nikt nie gada że RT może być NPC bo to idiotyzm,) Seneszal (którego zwę Cześnikiem :P) i Arch-Militant (ale tu jeszcze prawilnego polskiego zwrotu nie wymyśliłem .. co najwyżej "nadmilicjant" ale to słaby pomysł :P Kapitan Gwardii ? Nadkomendant ? Wielki Miecznik ? jak wymyślicie coś fajnego albo uznacie że któryś z tych jest dobry to piszcie komenty )





No ale do rzeczy, przed państwem historia pierwszej postaci, czyli Rogue Tradera (lubię nazywać tą funkcję Kaprem, bo Wolny Kupiec czy o zgrozo Bandycki Kupiec brzmi strasznie) i też jego statku.

Pozostałe postacie na dniach. Miałem wrzucić wszystkie od razu ale uznałem że jest / będzie tego sporo, to rozbije to na części żeby was nie zabić ścianą tekstu ;)

Armin Van Der Sar

Historia:

Pochodzi z starego rodu Lordów Tery ciągnącego się od czasów Herezji. Przez lata gromadzili pokaźny majątek, władzę oraz flotę oraz liczne koneksje. Van Der Sar, to nazwisko otwierało wiele drzwi i wiele możliwości. Istotą rodu była wrodzona umiejętność negocjacji i przywództwa. W okresie świetności, dziadek Armina, Jean Claude nie przekazał swojego imperium najstarszemu synowi lecz wszystkim pięciu synom. Majątek mocno się rozproszyła a wśród rodu Van Der Sar zapanowała nieoficjalna wojna. Najstarszy syn próbował po śmierci ojca wpływać na młodszych braci którym ten fakt się nie podobał. Liczne spory doprowadziły do poważnego konfliktu i osłabienia rodu. Pomniejsze zamachy, morderstwa i niezdrowa rywalizacja pchała ród ku zagładzie. Tak poważne problemy rodzinne nie uszy uwadze śmiertelnym wrogom Van Der Sarów i sytuacje wykorzystał ród Hollbergów. Podburzył najmłodszego brata przeciw wszystkim pozostałym i za jego pomocą dobił gwóźdź do trumny. Zabito niemalże wszystkich z rodu Van Der Sar, majątek przejęto. Najmłodszy syn Jeana, Vigo stał się marionetką w rękach rodziny Hollbergów, jedynym co mu pozostało po wielkiej sławie rodu to rodzinny krążownik "Gwiazda Północna" Stella Polaris, którego lata świetności zostały zapomniane. Wszystkiemu przyglądał się Armin. Denerwowało go że ojciec chodzi na smyczy u Hollbergów. Holbergowie widzieli w nim zagrożenie, zmusili Vigo by odesłał syna na nauki. Na licznych uniwersytetach Armin odebrał świetną edukację. To właśnie tam narodził się plan wznowienia potęgi dynastii. Chłopak powrócił na rodzinny okręt i przez jakiś czas udawał potulnego sługę Hollbergów. Dzięki wrodzonym talentom przywódczym szybko zjednoczył do koła siebie licznych starych współpracowników pamiętających czasy świetności rodu Van Der Sar.


Podczas jednej z wypraw miała miejsce niewyjaśniona sytuacja. Ta mroczna podróż odcisnęła piętno na Arminie, który nie dzieli się tymi przeżyciami z nikim. Tylko on i jego przyjaciel wiedzą co zaszło i tylko oni powrócili z tej wyprawy. Dzięki temu iż razem z większą częścią załogi Vigo zaginął tytuł przypadł Armnowi, nie do końca podobało się to jego "Panom" ale tak stanowiło prawo, poza tym uważali że Armin jest już złamany jak jego Ojciec pozostanie pod ich wpływem. Armin nie czekając pozbył się nielojalnej części załogi wykradając tym samym "Gwiazdę Północną" z rąk Hollbergów i stając się od nich niezależnym. To rozsierdziło Gregoriusa Hollberga który szuka możliwości zniszczenia reszty dynastii Van Der Sar. Niestety młody Armin nie był wstanie zgromadzić zbyt wielkiego majątku. Jedyne co mu pozostało to wiedza, żyłka do handlu i niezwykły urok osobisty i zdolności przywódcze.


Armin ma obsesję na punkcie swojego bezpieczeństwa, jego bezpośrednią ochronę stanowiła grupa Ogrynów i Ratlingów. Ogryni głupi ale posłuszni, trzeba by geniusza by namówił ich do zdrady, Ratling imieniem Geez zawdzięcza życie Arminowi i stanowi jego cień. Dodatkowo często w jego otoczeniu znajduje się serwitor który ma za zadanie ewakuować Armina jeśli zajdzie taka potrzeba w bardziej bezpieczne miejsce.

Armin postanowił uciec przed pogonią ścigającego go rodu do sektora Calixisi tam spróbować swojej szansy. Przestrzeń Koronusa wydawała się świetnym miejscem. Niezbadana dobrze przez Imperium skrywała wiele tajemnic i bogactw.


To Właśnie w tamtym momencie na pokładzie pojawiała się tajemnicza postać. Załoga zawsze była usuwana z doków i korytarzy a wizyty owiane były tajemnicą o co dbał "przyjaciel" seneszal. Tajemnicza postać to dawny partner handlowy jeszcze z czasów studiów Armina reprezentujący kosmicznych piratów i wyjętego spod prawa Szlachcica Severiusa Bellano. To właśnie na studiach Armin podjął decyzję że odbuduje potęgę rodu, podejmował pierwsze rozmowy, szukał sprzymierzeńców i prowadził interesy robił to jednak pod przykrywką i w imieniu jednego z pomniejszych lordów planety na której przebywał. Dzięki sprawnemu zarządzaniu udało mu się spowodować iż ów Lord Karol Cheepreze stał się wpływowym graczem na swojej planecie. I to przy jego fortunie rosła pomału fortuna Armina. Nikt jednak nie wiedział dokładnie z kim handluje młody Armin. Liczyło się to że są zyski. Oczywistym było to że szemrane interesy wymagały łapówek i prowadzenie delikatnych rozmów jednak tu odezwały się wrodzone zdolności Armina. Potrafił zgrabnie powiązać koniec z końcem tak że mimo widocznych węzłów ludzie przymykali na nie oko. Tajemniczymi partnerami handlowymi Armina okazali się też Eldarzy, lecz ten fakt Armin odkrył stosunkowo niedawno. Okazało się że piraci mieli kontakty z wyrzutkami tej rasy. Armin kilkukrotnie spotkawszy się z nimi nawet osobiście (jako coraz bardziej zaufany człowiek wśród Piratrów) zafascynował się ich kulturą, próbował nawet nauczyć się ich języka, jednak jego biblioteka mimo że pokaźna, nie obejmuję zakazanych ksiąg. Zgłębienie wiedzy na temat kultury Eldarów to kolejny cel Armina którym z wiadomych powodów nie chwali się wszystkim. Nie chce trafić w ręce Inkwizycji, a przed wiecznie otwartym okiem nie chroni żaden status i żadna gwarancja handlu. Armin musi być bardzo czujny.


Armin wychodzi z założenia że można najeść się szybko i byle jak lub jeść pomału i schludnie. W swoje postępowanie stara się wkładać maksimum finezji choć nie obce są mu brutalne metody. Lord Polaris dba by jego powierzchowność była piękna i pasowała do Imperialnych wymogów. Grzeczny i uprzejmy starający się nie okazywać w szerszym gronie emocji i agresji, jednak przy osobistym kontakcie potrafi pokazać pazurki, co czyni jednak w ostateczności przecież jest ktoś inny doskonały do takich zadań, jego wierny, najlepszy bo jedyny przyjaciel, będący jego prawą ręką.






Ogólny zarys:

Wiek 35 lat.

Włosy: Łysy, goli głowę

Przeciętnej budowy, jego zdrowie podupadło podczas mrocznej podróży i lat spędzonych w bibliotekach i podczas rozmów handlowych.

Delikatna jednakże rozwijająca się obsesja na punkcie własnego bezpieczeństwa.

Mimo powierzchownego miłego wizerunku i otwartości stanowiącej maskę, jest oddany wyłącznie sprawie własnego rodu i za wyjątkiem kilku najbliższych osób jest w stanie poświęcić wszystko i każdego by osiągnąć ten cel, czym nie różni się znacznie od swojego dziadka.

Nie przywiązuje uwagi do zewnętrznego wyglądu jednak w czasie oficjalnych rozmów stara się wyglądać nienagannie


MROCZNA PODRÓŻ


Plan przejęcia okrętu narodził się wcześnie. Armin stopniowo dopinał kolejne etapy planu. Gdy znalazł już podupadającego Lorda który był na tyle sterowalny by zaufać młodzieńcowi i przekazać mu własne środki na handel, Armin zdobył źródło finansowania swoich działań. Kupował informacje, analizował dane i wytypował jednego z szlachetnie urodzonych który tak jak on nie pałali miłością do Holbergów. Wybór był niezwykle trafny ponieważ okazało się że młodzieńcy uzupełniają się wyśmienicie.Marchisus Erzah Vorethon D'Arinvil okazał się być niezwykle dobrym szpiegiem.

W dwójkę szybko zbudowali siatkę informatorów na pokładzie Polaris. Informacje płynęły a plan stawał się coraz bardziej realny, była jednak jedna przeszkoda którą trzeba było usunąć. Ta przeszkoda nosiła imię Vigo. Armin próbował zaplanować jak odstawić ojca na boczny tor jednak każde rozważanie kończyło się na stwierdzeniu że plan jest bardzo ryzykowny i może zostać zdemaskowany. Wtedy w głowie Armina po raz pierwszy pojawiła się myśl " Jak by zmarł to by było najlepiej". Jednak ojciec nie chciał umierać. Problem został rozwiązany inaczej. Armin powrócił na okręt ojca wraz z swoim przyjacielem. Służyli chwilę Hollbergom co było dla nich niełatwe, grali swoje role aż nadszedł ten dzień. Podstawieni ludzie przekazali wiadomość o spotkaniu Vigo z jednym z rodu Hollbergów, Rudolfem, krewnym Gregoriusa Hollberga na obrzeżach układu. Jeszcze inni z siatki szpiegowskiej potwierdzili tą informacje. Całość popleczników Hollbergów, lojalni ludzi wobec Vigo, Armin i jego przyjaciel oraz główne postaci w przekazaniu informacji i zamieszani w plan polecieli na wyznaczone miejsce. Tam miano przygotować ucztę i oczekiwać na przybycie Rudolfa na pokład Gwiazdy Północnej.

Kiedy wszystko było już gotowe, po ceremonii powitania Rudolfa i jego świty na pokładzie a przystąpiono w końcu do jedzenia. Wszyscy jedli włączając w to młodzieńców, jednak ci zażyli wcześniej substancję katalizującą śmiertelną truciznę. Gdy pierwsi z ucztujących zaczęli broczyć krwią z ust i oczu, Armin wstał od stołu z nożem w ręku i podszedł do ojca plując mu w twarz. " To za zdradę rodziny OJCZE, ten akt miłosierdzia wynika z tego że Cię kocham " powiedział i gdy łzy napłynęły mu do oczu poderżną gardło Vigo. Potem stali i patrzyli jak ich znienawidzeni wrogowie zdychają w męczarniach. Jednak ich plan miał pójść w łeb bo ich spisek został wykryty. Rudolf nie był głupcem i wiedział z kim się spotyka. Vigo może mówić to co chce ale nigdy nie przestanie być Vand Der Sarem, i jeszcze miał ze sobą swojego bękarta. Świta Hollberga sprawdziła potrawy, wykryła w nich truciznę i podmieniła je na nieszkodliwe jedzenie. Jednak Rudolf spokojnie przyglądał się jak Armin morduje swojego ojca, wszak to mu akurat pasowało. Kiedy poplecznicy Armina zauważyli że trucizna nie działa na świtę Hollberga było już za późno, padły strzały. Rozegrała się strzelanina wśród konających przy stole ludzi. Ludzie na okręcie Rudolfa jeszcze nie wiedzieli co się dzieję spokojnie obserwując Gwiazdę Północną, chociaż zaczynała ich niepokoić przerwa w łączności, więc postanowili wysłać tam lądowniki żeby sprawdzić co się dzieję.. Kiedy już się zbliżały do doków Stella Polaris stało się coś niespotykanego. Statek został wciągnięty do Spaczni. Masowy mord został dokonany w miejscu bardzo cienkiej granicy rzeczywistości, przy drganiach pola Gellara, w taki sposób ludzka ofiara nieumyślnie otworzyła wyrwę do nierzeczywistości. A może to sam krążownik to sprawił ? Załoga statku Hollberga i ludzie na lądownikach widzieli jak pod statkiem otwiera się purpurowa paszcza i w błysku złowieszczej mocy wsysa go na drugą stronę.

Na pokładzie działy się straszne rzeczy, ludzie Hollbergów i Armina zostali natychmiast zaatakowani przez demony, rzeczywistość wirowała dookoła, ściany zmieniały swoje miejsce, zmarli wstawali by walczyć jeszcze raz z każdym żywymi. Wszędzie dało się słyszeć śpiew pochodzący z innego świata. Krew lała się z rur i szczelin na pokładzie. Imperialne orły na zdobieniach wzlatywały w górę jako okrutne sępy. Popiersia przodków śmiały się jak żywe. Armin

wiedział że musi uciekać z Sali, znał statek świetnie dlatego pierwszy dotarł do mostku kapitańskiego zamykając grodzie gdzie tylko się da i włączając pole Gellara. Hollbergowie zostali rozszarpani a ich umysły pożarte przez demony. Tak samo jak wszyscy Ci którym się nie udało. Wszyscy Astropaci i nawigaotrzy zginęli. Arminowi i jego świcie (mocno już uszczuplonej) udawało się raz za razem odpierać ataki i jakimś sposobem nie oszaleć. Czego nie można powiedzieć o ostatnim żyjącym Ratlingu który zwariował i chciał zdekompresować okręt. Armin musiał osobiście go zastrzelić.


Dryfowali tak niczym łupinka orzecha na sztormie. Modląc się do Imperatora, trzymając rzeczywistości i licząc na to że włączone pole Gellara uchroni ich przed kolejnymi falami koszmaru i odwróci wzrok istot mieszkających po tamtej stronie od ich jednostki. Widzieli tylko ciągle powtarzającą się scenę, sylwetki umierających ludzi, ojca Armina z poderżniętym gardłem który rozpacza nad swoim losem i bezgłowe ciało Rudolfa przeklinające Armina i majaczące na korytarzach. Wiedzieli że w spaczni nie takie rzeczy mogą się objawiać. Siedzieli cicho przy prawie wyłączonym zasilaniu nie prowokując niematerialnych bytów. Dryfowali tak kilka lat aż wreszcie trafili na wyrwę i udało im z powrotem dostać do rzeczywistości.

Po dokonaniu napraw, zaciągnięciu nowych astropatów i wysłaniu SoS , okazało się że nie było ich tylko jeden dzień. Nikt nie dziwił się że większość załogi nie żyje, świadkami tego wydarzenia byli ludzie na pokładzie Rudolfa. Bano się tylko czy ci którzy przeżyli nie są naznaczeni przez spacznie. Po psionicznym sprawdzeniu okazało się że ich dusze przetrwały. Nadszarpnięty i obgryzione a ich umysły nadwątlone i nigdy już nie będące takie jak wcześniej, jednak przeżyli, wolni od korupcji. Armin nie czekał na nic, korzystając z zamieszania i przygotowań do pogrzebu Rudolfa i Vigo porwał statek z nowo zrekrutowaną załoga i uciekł na rubieże sektora Calixis prosto do przestrzeni Koronusa.

Dziwne jest to że mimo napraw, i oczyszczeniu statku widma nie zniknęły.


Uff, to na razie wszystko.

Lwią większość herstorii pisał Green (pozdro!) ja tylko nanosiłem drobne poprawki i temperowałem niektóre zapędy i zamiłowania.


Po kolei w drzewku Armina.

Postać jest Noble Born, potem prawo krwi: Savant ( stąd zamiłowanie do wiedzy)

Lure of the void: duty bound

Trial and Travail: Drak Voyage (stąd cała ta idea wyprawy)

Motivation: Prestige

i nakoniec kariera: Rogue Trader


Myślę że jak na postać zbudowaną w oparciu o drzewko (najpierw był jakiś zarys, potem zbudowaliśmy postać, a na końcu Green dopracował/pozmieniał/dodał niektóre motywy) wyszło całkiem fajnie.


W ogóle z profit factor (wpływów) wylosowali mega śmiesznie, bo najmniej jak się da.

Za to punkty statku wylosowali najwięcej jak się da. Dlatego tak napisana historia i stąd ten Krążownik (największy statek jakim może dysponować Rogue Trader) na samym starcie, całkiem nieźle wypasiony.

Z rzutów na Komplikację ducha maszyny rzucił "Bluźniercze tendencję" a na przeszłość wyszło "nawiedzony" dlatego zmieniłem troszkę rozegrany zamach na ojca postaci.

Na początku chciałem to zmienić żeby bardziej pasowało do rodu, ale stwierdziłem że statek w takiej wersji jest ciekawy, daje dużo pomysłów na przygodę i fajnie się wzajemnie uzupełnia (może dlatego że duch maszyny ma takie ciągoty do warpu stąd te duchy ?)


Więc myślę że wyszło całkiem fajnie, zobaczymy jak potoczą się losy graczy.

No i wcześniej wrzucę historię pozostałych.

wtorek, 21 lutego 2017

Sigmaryckie nowości

Cześć
dzisiaj opinie o modelach z drugiej strony barykady że tak powiem
krótko i na temat.

Vanguard Hunters.
Nie wiem jaka jest różnica między poprzednimi sigmarines, bo tutaj chyba jak ziomek ma inny sprzęt w łapach to nagle jest innym rodzajem jednostki. Tak można je tworzyć w nieskończoność :/
Tak czy siak te same klocowate brzydkie gówna co wcześniej ALE teraz ich kusze JESZCZE BARDZIEJ przypominają boltery Astartes. (czekam kiedy dostaną plecaki z zasilaniem :P niech będzie magiczny kryształ w środku ale niech mają takie pseudo steam-punkowe.. o przepraszam celestial-punkowe :P )
Na plus główka ziomka bez hełmu jest fajna :)

 Gryph-Hounds
Gryfopsy ? ogaryffy ? 
Pocieszne :3  i tylko tyle mogę o nich napisać :P jedyne co mi przychodzi do głowy to używanie ich jako tzeentchowych flesh houndów czy coś równie pojebanego. No bo przecież nikt w AoS nie gra.

Lord-Aquilor   https://www.games-workshop.com/en-NZ/Stormcast-Eternals-Lord-Aquilor-2017

Nazwa durniejsza niż model.
Straszne malowanie, klocowata bryła, detal wielkości stodoły, toporne zdobienia i jeszcze te hebrajskie napisy ( a nie sorry.. to są Sigmaryckie "Heb-Runy" :p )
Ale znowu główka może się nadać do jakiegoś Tzeentchowego Daemon Princa :p

Vanguard - Palladros https://www.games-workshop.com/en-NZ/Stormcast-Eternals-Vanguard-Palladors-2017

Myślałem że Aquilor to durna nazwa... ale Palladors ? OmS!
Chociaż tutaj o dziwo gryfykonie (co ja kurwa piszę) mają fajne pozy, bardzo dynamiczne i naturalne (chociaż słowo naturalne odnośnie tych modeli źle brzmi) Malowanie pstrokate niczym mój pierwszy pomalowany w życiu model GW ( Wight King na koniu od Nieumarłych, miałem 8 farbek i wszystkie 8 postanowiłem na nim użyć :P oczywiście nie mam na myśli washy i highlightów tylko pełną paletę barw z painta, Pozdrów swojego Dreda Skuzman jak to czytasz :P)
Paski na dupie gryfa i jeszcze ten czarnu...eee.. Afrosigmaryta ( w ogóle można mówić w takim kontekście w świecie w którym nie ma afryki ? )


kurcze armia Sigmara miała teoretycznie naprawdę fajny potencjał
Goście w płenych płytowych zbrojach z Boską mocą w klimacie gwiezdnych smoków, no na papierze extra ! ale spierdolili to jak tylko pokazali pierwszy model (czyt. od razu )
i wyszły z nich jebane PALADINOZAURY
rak

Silver Tower jeszcze raz czyli Warhammer Quest shadows of hammerhal (dobrze że nie hammerfall :P no ale wszystko musi być z młotem w nazwie. sybtelność to nie jest mocna strona GW )
więc mamy jeszcze raz ta samą grę z "nowymi modelami" ( bo krasnoludzki runesmith z pomalowaną na czarno zamiast na biało brodą to już nie jest Dwarven Runesmith tylko Duaerin Cogmaster OKEJ ? to jest inny model :P )


No ale wybaczam im wszystko bo robiąc ;) do graczy wydali na powrót swój starusieńki model Realm of Chaos czyli czempiona Slambo! fajny oldhammer dla ludzi którzy się tym jarają. Cena wysoka no ale, jak komuś zależy :)


PS. znowu pewnie powiecie że grobkowi nic się nie podoba i tylko marudzi i zrzędzi. Ale to nie ja wydaje chujowe modele tylko GW !!
obiecuję że nastepnym razem będe opisywał wszystko w samych superlatywach :p )
cholera co tu wybrać, może Siebie XD ?


piątek, 10 lutego 2017

Wybuchające Koty

Cześć
Zaraz po partyjce w Ssythe miałem okazję pograć w karciankę EXPLODING KITTENS. Czyli grę która uzbierała najwięcej siana w historii kickstartera (prawie 9 MILIONÓW MARTWYCH PREZYDENTÓW ! ) i miała najwięcej osób wspierających.
Oczywiście rozhajpowana po sam sufit ironicznymi brodaczami w rurkach którzy "stając w poprzek mainstreamu" ocierają się o "sztukę"  i... zresztą kurwa sam nie wiem do końca jakim sposobem taka gra (chociaż gra to trochę za dużo powiedziane) zebrała tkai hajs.
No ale do rzeczy,
gra jest naprawdę prosta do nauki, w zasadzie nawet po pijaku da się załapać, całość instrukcji to 4 może 5 obrazków i już, wiesz jak grać.
Polega na tym żeby ze stosu kart z której każdy co turę ciągnie nie pociągnąć eksplodującego kota, a można to robić na różne sposoby, każąc innemu ciągnąć, omijając kolejkę, rzucając "counterspelle" (tutaj zwane NOPE) albo używając kart defuse.
już, koniec, o nic więcej nie chodzi.
Całość jest turbo losowa, bo jak się okaże że kociak jest na samym wierzchu talii to sorry, papa (bazowo nie masz żadnej karty defuse) i tyle, pograne.
Całość jest szybsza niż mój sex (nie sądziłem że to kiedyś napiszę:P)

Więc szybka, łatwa w nauczeniu i jeszcze łatwiejsza w graniu gra do której można zachęcić normików (ale czy to plus?)

No więc co jest nie tak ?

Żenujące poczucie humoru.
Jakbym był w gimbazie to bym po prostu śmiał się do rozpuku, bo wtedy pierdy, kupa i brudne gacie były szczytem wysublimowania.
Ale teraz autentycznie byłem zażenowany, tak jak czasami oglądacie jakąś durną komedię i bohater robi coś tak turbo słabego że wy palicie się ze wstydu za niego i oglądacie to z za kanapy, że może wtedy jakby mniej się liczy.
No to momentami podchodziło pod ten poziom.
Sam klimat ilustracji tez był słaby, nie jestem jakimś niewiadomo kim że potrzebuję kreski co najmniej Simona Bisleya żeby być ukontentowany, ale niech obok chujowych rysunków coś stoi ! np. taki WILQ art są beznadziejne, ale ma niesamowicie fajne dialogi i świetne poczucie humoru, chociaż też przepełnione jak to stwierdzili chyba w PEGAZIE wysublimowanymi przekleństwami :P
Wracając do kociaków.
słabe arty, żenujące poczucie humoru, momentami bezcelowość gry
jak już masz grać w coś na imprezie to impka lepsza w każdym wypadku, poza jednym, jak nie ma dziewczyn to grajcie w alko chińczyka, zawsze to będzie lepsze od kociaków.
niby spoko, niby można porzucać kartami ale zanim to się naprawdę zacznie, zanim się wkręce to już się skończyło. wtedy jak grałem wydawało mi się całkiem całkiem (aczkolwiek świadom błędów) machałem tymi kartami, ale tylko dlatego że byłem w fajnym towarzystwie i nawet jakbyśmy zbierali truskawki na plantacji to razem (tfu, kurwa RAZEM złe słowo :/ ) wspólnie było by bardzo fajnie.
Dopóki chyba tydzień czy dwa wcześniej nie zagrałem w pchełki, no i to był pinądz! kapitalna gra. po prostu taka prosta a taka zajebista, rozkurwia kociaki jak porono rozpa eldarów funowych CSM :P
pchełki - kociaki 10-0

grobe odradza.
chyba że masz kręcone wąsy i chcesz się pochwalić kolegom w rurkach :P

a.. jedna fajna rzecz, jak zapomnisz swoją kolejkę to ubierasz stożek wstydu na szyję ( taka ochrona jak zwierzaki mają po powrocie od weterynarza żeby się nie drapały i lizały:P ) i siedzisz w takim stożku na szyi z napisem SHAME :P  to było ciekawe